sobota, 8 stycznia 2011

To się zwie 'napalenie'

W grudniu ubiegłego roku, przy okazji szukania prezentów dla najbliższych, natknęłam się w sieci na anioły w stylu tildowym, zajączki, myszki... Na święta nikomu z tego rodzajów prezentów nie kupiłam, ale rozpoczęłam przeszukiwania sieci dokładniej w tym temacie. Znalazłam wzory, przykłady i kobitki, które szyją takie cudeńka. Jednym to idzie lepiej, drugim gorzej, ale generalnie podoba mi się idea szycia przytulanek. Tworzenia ze szmatek uroczych przedmiotów. 

Postanowiłam spróbować... Może drzemie we mnie krawiecki diabeł? Mimo iż w wieku młodzieńczym obszyłam 30 harcerskich chust, co mnie trochę  negatywnie nastawiło do krawiectwa, to zdecydowałam się spróbować. Na razie zamówiłam kilka bajerków w tildowym stylu, co by za wzór mi służyły. 

Jestem na etapie wyboru maszyny do szycia i wciągnęłam w to Męża. Zależy mu bardzo na tym, żeby mi pomóc. Przypuszczam, że to z powodu kontroli nad ceną maszyny. Będzie mnie namawiał do tańszego zakupu. No cóż... w naszej rodzinie ja gram szalone skrzypce, on jest rozsądnym kontrabasem. Świetnie razem gramy, ale czasami solówka by się przydała, jednak to chyba po rozwodzie... No niby mogę kupić droższą maszynę, On nie narzuca mi niczego... ale to Jego spojrzenie w stylu 'zmiłuj się, kobieto...' rozwala mnie na łopatki i moja wolna wola kończy się właśnie w tym miejscu.

Zatem... do noworocznych postanowień w 2011 roku dodaję naukę szycia na maszynie.

czwartek, 6 stycznia 2011

Storczyki

Jedną z tych wielu rzeczy, jakie lubię i którymi się otaczam, to kwiaty. 
W moim małym mieszkaniu nie ma miejsca na popisywanie się. Balkon też ciasny, choć własny. Pozostaje mi tylko starać się, żeby nie przesadzić z tym, co lubię i żeby każdy kwiatek miał fajnego kumpla obok siebie i jednocześnie miejsce, by móc się rozwinąć. 
U mnie rządzą niepodzielnie od dwóch lat storczyki. I pomyśleć, że wcześniej usychały mi kaktusy i sukulenty :)  


Zaczęło się od jednego storczyka, potem po dłuuugim czasie był kolejny... a potem nastąpiła lawina storczykowa, która zakończyła się w moim domu. Hodowcą nie jestem, znam się tyle, co muszę. Raczej intuicyjnie radzę sobie z nimi. Co prawda ich liczba w ubiegłym roku sięgała setki, co przy trzech oknach w mieszkaniu było niezłym wyczynem, to teraz uspokoiłam się... poluję na fajniejsze gatunki, nie tracąc jednocześnie rozsądku przy zamawianiu. Apogeum choroby storczykowej minęło, teraz pozostaje nie poddawać się temu nałogowi ponownie :) 
 

Dziś na parapetach stoi niemal pięćdziesiąt storczyków. Mniejsze, większe... pachnące i bez zapachu. Bardziej egzotyczne i te zwykłe. 

Ale... niech no tylko kupię sobie kiedyś dom... niech tylko wysupłam kasę na szklarnię... Oj... będzie wesoło :) Polecą drzazgi z portfela... Potem ogród... potem koty... potem znowu podróże... Czy mi na to wszystko starczy życia? 

Początek


Czy kiedykolwiek mieliście ochotę zmienić coś w swoim życiu? Raz? Dwa? A może kilka razy? Ja ciągle miewam przebłyski w swoim życiu, kiedy wydaje mi się, że jeśli diametralnie nie zmienię czegoś w swoim życiu, to zwariuję. I tak to właśnie niewiele zmienia się moim życiu. No, albo ja tego nie dostrzegam.

Tak właśnie było z podróżami...

Miały one coś zmienić i stać się moim sposobem na życie, dlatego też rzuciłam się na kurs pilotażu wycieczek, jak ryba na robaka. Taka we mnie podnieta była, że już mój TŻ zaczynał podejrzewać, czy za tym naprawdę stoi kurs… Sam kurs nie był stratą czasu, ale raczej niezłą lekcją. Uświadomiłam sobie, że jeszcze tyle przede mną… tak wiele rzeczy nie znam, nie potrafię. Nie umiem na przykład bajać bez sensu i z sensem,  nie znam ciekawostek o miejscach, osobach... Myślę sobie, że to z powodu krótkiego żywota na tym padole, albo zwyczajnie nie te książki czytałam, co powinnam.  Za wiele wyciskaczy łez i horrorów, za wiele Chmielewskiej, a za mało czegoś w stylu Pana Cejrowskiego. Do tematu pilotażu wrócę jeszcze, tak łatwo się nie poddam. Póki co, zakupione książki o ciekawych miejscach na świecie poddają się grawitacji na regałach.

Moje marzenia o podróżach zaczęły się kilka lat temu… Wygrałam wycieczkę na Kretę! Tak, tak… na samusieńką Kretę, samusieńką wycieczkę. Kupiłam jakąś bzdetną totalnie książkę na ‘odczepcie się’ w księgarni internetowej i po niedługim czasie przyszło powiadomienie, że wygrałam voucher na podróż, dokąd tylko zechcę. Poczułam się, jak moja ciocia, mama i reszta żeńskiego stada z mojej rodziny, które wiele razy otrzymywały ‘vouchery’ w stylu „wpłać i dostaniesz”. Po kryjomu zaryzykowałam. Voucher dostałam. Pojechałam. I zaraziłam się podróżami.