czwartek, 6 stycznia 2011

Początek


Czy kiedykolwiek mieliście ochotę zmienić coś w swoim życiu? Raz? Dwa? A może kilka razy? Ja ciągle miewam przebłyski w swoim życiu, kiedy wydaje mi się, że jeśli diametralnie nie zmienię czegoś w swoim życiu, to zwariuję. I tak to właśnie niewiele zmienia się moim życiu. No, albo ja tego nie dostrzegam.

Tak właśnie było z podróżami...

Miały one coś zmienić i stać się moim sposobem na życie, dlatego też rzuciłam się na kurs pilotażu wycieczek, jak ryba na robaka. Taka we mnie podnieta była, że już mój TŻ zaczynał podejrzewać, czy za tym naprawdę stoi kurs… Sam kurs nie był stratą czasu, ale raczej niezłą lekcją. Uświadomiłam sobie, że jeszcze tyle przede mną… tak wiele rzeczy nie znam, nie potrafię. Nie umiem na przykład bajać bez sensu i z sensem,  nie znam ciekawostek o miejscach, osobach... Myślę sobie, że to z powodu krótkiego żywota na tym padole, albo zwyczajnie nie te książki czytałam, co powinnam.  Za wiele wyciskaczy łez i horrorów, za wiele Chmielewskiej, a za mało czegoś w stylu Pana Cejrowskiego. Do tematu pilotażu wrócę jeszcze, tak łatwo się nie poddam. Póki co, zakupione książki o ciekawych miejscach na świecie poddają się grawitacji na regałach.

Moje marzenia o podróżach zaczęły się kilka lat temu… Wygrałam wycieczkę na Kretę! Tak, tak… na samusieńką Kretę, samusieńką wycieczkę. Kupiłam jakąś bzdetną totalnie książkę na ‘odczepcie się’ w księgarni internetowej i po niedługim czasie przyszło powiadomienie, że wygrałam voucher na podróż, dokąd tylko zechcę. Poczułam się, jak moja ciocia, mama i reszta żeńskiego stada z mojej rodziny, które wiele razy otrzymywały ‘vouchery’ w stylu „wpłać i dostaniesz”. Po kryjomu zaryzykowałam. Voucher dostałam. Pojechałam. I zaraziłam się podróżami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz